22 January 2010Jak pech, to pech…

Nie uwierzycie! Zgodnie z powziętym wczoraj założeniem i planem, pojechałem do pracy tramwajem. Wychodziłem z domu z szelmowskim uśmieszkiem, pewny, że się nie spóźnię, że śnieg ani korki nie wyprowadzą mnie z równowagi. Słowem – miałem z rana świetny humor. I co? No aż trudno mi o tym pisać, bo sam nie wierzę, że mam w tym styczniu aż takiego pecha! No i spóźniłem się znowu, dwadzieścia minut. A dlatego? Bo stałem na przystanku tramwajowym, jak ten osioł, wraz z innymi czekającymi na tramwaj osłami, prawie pół godziny. Na mrozie, na śniegu, na wietrze! Myślałem, że mi tyłek oderwie z tego zimna. Oczywiście od wożenia tyłka ciągle samochodem zapomniałem, jak to jest stać i czekać na tramwaj. No ale dlaczego aż trzydzieści minut? Bo znów był jakiś wypadek! Samochód zderzył się z tramwajem i na pół godziny wstrzymało to jazdę tramwajów na tej trasie. Na mojej trasie! No jak pech, to pech…

Comments are closed.